Artykuły o Podaj Dalej Inspiracje do Podaj Dalej Jak podać dalej? Podaj dalej w sieci Czarne i białe owce Prekursorzy O Nas
 

Na ratunek gatunkowi

Wielokrotnie zastanawiał mnie paradoks, jakim jest zaistnienie na masową skalę manii odchudzania się w miejscu i czasie, gdzie żywność jest dostępna, półki w supermarketach wręcz uginają się pod ciężarem różnorakich produktów, mniej lub bardziej potrzebnych, mniej lub bardziej kalorycznych. W naturze przecież nic nie dzieje się przypadkiem. Kto wie, może gdyby nie anorektyczki i bulimiczki, człowiek uległby zagładzie, zażerając się na śmierć. Kto wie, może ta autodestrukcja jednostek jest tajną bronią natury, bo przypomina reszcie o zachowaniu umiaru?

Jeśli przyjąć, że podstawowe zadania każdego żywego organizmu to zdobycie pożywienia, miejsca do życia oraz przedłużenie gatunku, to w zasadzie można się zgodzić, że człowiek osiągnął w połowie XX wieku spory sukces. W społeczeństwach nie tylko wysokorozwiniętych jakieś schronienie, pożywienie i możliwość prokreacji są zapewniane niemal każdemu. Jasne, można dyskutować o jakości, jednak nie neguje się tych potrzeb i w zasadzie walczyć o to za bardzo nie trzeba.

Nastąpił jednak pewien zwrot, do którego może człowiek jako gatunek biologiczny nie był przygotowany. Bo z drugiej strony jesteśmy zwierzętami przecież, przez wiele tysięcy lat, tak jak inne żywe istoty, koncentrowaliśmy się na walce o byt. I co - nagle ten byt jest oczywisty. I czym by się tu teraz zająć? Można się nawzajem zabijać - to też już było. Jasne, że początkowo walka o terytorium wiązała się ze zdobywaniem pożywienia i więcej ziemi oznaczało mniejszy głód na przednówku. W dawnych wiekach podział był wyraźny. Pamiętajmy, że przez wiele stuleci społeczeństwa dzieliły się na biedne masy i bogate jednostki. Były to czasy, gdy większość ludzi musiała jeszcze nieźle się napocić, żeby sobie swoje pożywienie upolować lub wyhodować. A potem ukryć skutecznie przed poborcami podatkowymi i wysłannikami z pańskich dworów.

Na zastanawianie się nad tym, czy zjeść, czy nie zjeść, stać było niewielu. Co więcej, w czasach, gdy możliwość podejmowania decyzji i kontroli nad ilością spożywanego pokarmu dotyczyła wyłącznie klas wyższych, wyraźnie podkreślano moralny aspekt tego zagadnienia (hm, wyrzuty sumienia?...). Asceza i odmawianie sobie podstawowych przyjemności miało czynić te osoby lepszymi, bliższymi Bogu, gdyż potrafiły sprzeciwić się hedonizmowi i mimo tego, że było je stać, nie jadły więcej niż to, co było potrzebne do utrzymania się przy życiu. Zdecydowana większość ludzi z nizin społecznych miała ręce pełne roboty, aby tylko utrzymać się przy życiu, wydać na świat i doprowadzić do wieku pełnoletniego potomstwo. Natomiast całą otoczkę ideologiczną: politykę, granice, kulturę i sztukę wymyśliły z nudów co wybitniejsze jednostki - i to raczej te, które nie narzekały na głód.

Z czasem hasła ideologiczne przesłoniły faktyczne potrzeby bytowe. Im bliżej naszych czasów, tym wyższy jest średni standard życia społeczeństw, więc i pożywienie nie jest już takim problemem. Wojna została, na nasze ludzi współczesnych szczęście, nazwana złem. Potrzebę rywalizacji można zrealizować na boisku czy stadionie, pojedynek stoczyć na argumenty, a zachwycić obrazem, filmem czy utworem literackim. Mogłoby być tak pięknie... Tylko co z tego, jeśli szara masa dalej nie widzi dalej niż dno własnego garnka i tak naprawdę koncentruje się na bezmyślnej konsumpcji. Wiele lat temu socjologowie zauważyli, na podstawie badań w USA, że w bogatszych społeczeństwach otyłość jest największym problemem wśród przedstawicieli biedoty. Nie stać ich na wysublimowane rozrywki - a wręcz nie są nimi zainteresowani - za to stać ich na tanią, wysokokaloryczną żywność marnej jakości i zajadanie ton chipsów przed ekranem telewizora.

Na drugim biegunie pojawiły się panienki z dobrych domów, które koncentrują się na dobrym wyglądzie jako środku do osiągnięcia szczęścia. Otoczone jedzeniem zaczęły szukać sposobu, jak wyglądać lepiej, słuchając przy tym mniej lub bardziej histerycznych głosów, że otyłość jest fe, a chudość jest cacy. W Polsce chciało by się rzec, że okres komunizmu i puste półki w latach osiemdziesiątych opóźniły boom na obsesję chudości. Bo jak tu się odchudzać, skoro w sklepach tylko ocet? Wtedy włączał się atawizm: upolować kawał mięsa, rzucony do sklepów, zdobyć paczkę kawy czy wyrób czekoladopodobny. Produktów było mniej, więc i pokusy niewielkie, a jedzenie tego ciężko wywalczonego pokarmu zdawało się być w pełni uzasadnione. Od dwudziestu lat mamy wolny rynek i stopniowy wzrost bogactwa społeczeństwa, a wraz z tym dobrodziejstwem - anoreksję i bulimię na masową skalę. To nie może być przypadek.

Smutną prawdą jest fakt, że dalej przez większość czasu koncentrujemy się na dokładnie tych samych podstawowych potrzebach. Oczywiście, że wygląda to inaczej. Koncentracja na jedzeniu - to programy kulinarne, drogie garnki, szczęśliwe rodzinki w reklamach margaryny. Koncentracja na schronieniu - proszę bardzo: coroczna zmiana stylu wystroju wnętrz, wyścig szczurów do mety w postaci jeszcze większej willi. A przedłużenie gatunku - to cały marketing, kręcący się wokół prób przekonania kobiety, dzięki jakiemu to niezbędnemu produktowi stanie się jeszcze bardziej uwodzicielska i zmysłowa. Wszystko to podkręcone na maksa na spirali konsumpcjonizmu. I w tym naszym nowoczesnym ale jednak atawistycznym świecie anoreksja i bulimia. Dwa ekstremalne podejścia do swojego ciała i do jedzenia. Dwie śmiertelnie groźne choroby, na które tysiące dziewczyn zapada niepostrzeżenie, jakby świadomie doprowadzając się do autozagłady. Przypadek? Głupota? A może prztyczek w nos od natury? Teza absurdalna i nie potwierdzona żadnymi badaniami naukowymi, jednak tak samo prawdopodobna, jak wiele innych teorii na temat powstania zaburzeń odżywiania. Ta jest dość optymistyczna. Fajnie by było zobaczyć jakiś sens w codziennym cierpieniu anorektyczek i bulimiczek. Może to nie tylko chora koncentracja na sobie dziewczyn, którym się w głowach poprzewracało. Może to tajna broń w walce z nadmierną konsumpcją, która spowoduje, że człowiek jako gatunek przetrwa nadmiar bogactwa i nie unicestwi się sam eksplodując z przejedzenia jak nieszczęśnik w nowelce Monty Pythona.

Pisząc to optymistyczne zakończenie chrupię skromnego, kakaowego wafelka. Bo ja już swoją misję zakończyłam, a teraz postanowiłam być raczej tą jednostką, która przetrwa. Mimo wszystko nie mam w sobie zadatków ani na świętą, ani na męczennika.

Więcej na temat historii i genezy anoreksji tutaj. Na temat historii życia prywatnego: "Historia życia prywatnego", pod red. Georges'a Duby'ego, Ossolineum, 2005


 
Dodał/a Kati w dniu 2009-09-29.
Dodaj komentarz Zobacz komentarze Poleć stronę wykop.pl
 

©2009 Podaj Dalej
Strona stworzona przez użytkowników portalu Mam eFkę.
Zastrzegamy sobie wszelkie prawa do wszystkiego.